piątek, 27 maja 2011

Tego o powodzi z mediów się nie dowiecie

Leżałem na ławce grzejąc twarz do słońca i patrzyłem przez zmrużone oczy na niezmącone niebo, na którym z gracją poruszał się błękitny24 pokazując milionom widzów przed telewizorami apokaliptyczny obraz zalanego miasta oraz okolicznych wiosek. Ale zacznijmy od początku.

Przyzwyczajeni jesteśmy do oglądania w telewizji dramatu powodzian. Wszechogarniającego lamentu z powodu utraconego dobytku życia. Obok niewątpliwego nieszczęścia rodzin, jest jeszcze sfera zachowań ludzkich, które rzadko pokazywane są w mediach, a dopełniają one obrazu powodzi. Dostojewski we „Wspomnieniach z domu umarłych” pisze, że człowiek jest istotą, która przyzwyczai się do wszystkiego. A gdy się przyzwyczai, to wychodzi z niego prawdziwa natura, która, jak uczy Schopenhauer, nie jest zbyt dobra.

Kolega opowiadał mi, jak pełnił służbę ratowniczą z grupą wolontariuszy podczas powodzi. Ich zadanie polegało na dopływaniu na pontonach do zalanych domów dostarczając uwięzionym tam prowiant i wodę. O ile na początku wiosłujących w spiekocie wolontariuszy przyjmowano z otwartymi ramionami, tak po kilku dniach powodzianie stawali się wybredni. Zmęczeni pływaniem ratownicy nieraz, gdy podpływali z chlebem, słyszeli od potrzebujących, że ci chcą wymienić przywiezione dwie godziny wcześniej pieczywo na świeższe. Niektórzy wprost mówili - jak razowego nie ma, to nie bierzemy. Szczytem ignorancji było złożone przez rodzinę zamówienia na mleko dla małego dziecka, po które ratownik musiał dymać na drugą stronę miasta, a gdy zmachany podawał kartonik, matka prychnęła ze złością – takie tłuste?! To ja nie biorę.

Mimo że jest to może margines, a ja się pewnie czepiam, to jednak o tym się gdzieś po cichu mówi wspominając powódź. Głośniej i na łamach lokalnych portali powodzianie narzekali na swoich sąsiadów, którzy zgłaszali się do punktów z darmowymi środkami czystości i zabierali detergenty, mimo iż powódź ich nie dosięgła. Upokarzające dla wielu były wycieczki mieszkańców miasta na osiedla zalane przez wodę i filmowanie uwijających się przy pracach porządkowych ludzi. O przypadkach szabrowania nie wspominając.

Cyrk zaczął się wtedy, gdy do miasta zjechały wszystkie znane media. Burmistrz poczuła parcie na szkło i zaczęła lansować swoją osobę, w myśl maksymy „Miasto to Ja”. Do dziś kolega wspomina sąsiada, który wysłuchał w telewizji zapewnień pani burmistrz, że sytuacja jest już pod kontrolą, a jaślanie mogą spać spokojnie. Około 2.00 w nocy obudził go łomot. Biedak zwlekł się z łóżka, otworzył drzwi a wraz ze strażakami na progu domu stała woda, która wcześniej przerwała wał. Faceta wieźli w bezpieczne miejsce, a on wściekle powtarzał coś o głupiej ci... Nic jednak nie przebije zasłyszanej rozmowy telefonicznej pani burmistrz prowadzonej na wałach: - Krysiu oglądaj mnie o 19.30, będę w tvn-ie w faktach po faktach… No ja też się nie mogę doczekać.

Lansu i sprytu w robieniu show nie można poskąpić również niektórym powodzianom, którzy robili wszystko żeby pokazać się w telewizji. Pamiętam jak jeden z operatorów z dużej telewizji opowiadał historię, która przydarzyła mu się w innym dotkniętym powodzią podkarpackim mieście. Przyszedł do niego facet w garniturze odstawiony jak do ślubu i mówi wprost - niech pan mnie pokaże w telewizji. Dobra – odparł operator - ale jak pan wejdziesz w tym garniturze do wody po pas, położysz się na niej i będziesz krzyczał. Facet zrobił jak kazał operator. Tego samego dnia w czołówce wydania specjalnego w rodzimej stacji operatora, jedną z pierwszych migawek z powodzi był z bliska skadrowany facet w garniturze unoszący się na wodzie i wołający o pomocy. Podobno facet zagrał swoją rolę na Oscara.
                              
Gdy wspominam powódź, pamiętam jeszcze jedną scenę. Po pięciu dobach niewielkiej ilości snu, pracy i nerwów, leżę na ławce na rynku i oglądam ewolucje błękitnego, który filmuje skutki powodzi, a koło mojej lewej nogi biegają dzieci, zaś dorośli piją piwo pod parasolami przerzucając się dowcipami w stylu: Jak ci się powodzi? Nie przelewa się.

6 komentarzy:

  1. No proszę :)
    Ja też znam kilka historyjek, ale to od Sąsiadki, bo ona nieźle się przy tym naharowała.
    Nie ma to jak być pokazanym w telewizji, człowiek jest nawet zdolny skoczyć wyżej niż jego nerki!

    (to pisałam ja, siur)

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, znam takich, którzy widząc kamerę, zwłaszcza dużej stacji, zrobią wszystko, żeby się przed obiektywem przemazać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Do tego ogródka dorzucę jeszcze jeden kwiatuszek w wydaniu pani burmistrz, która w telewizji lokalnej stwierdziła, że przy okazji powodzi dziennikarze świetnie się bawili:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj tak, na szczęście dziennikarze lokalni zostali docenienie przez rzeszę czytelników z całej Polski. I ta opinia, wyrażana często w osobistych mailach była nagrodą za te nieprzespane noce, harówkę i za walkę z głupotą niektórych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Krysiu oglądaj mnie o 19.30, będę w tvn-ie w faktach po faktach… No ja też się nie mogę doczekać.

    To rzeczywiście jest trafione.

    OdpowiedzUsuń