Leżałem na ławce grzejąc twarz do słońca i patrzyłem przez zmrużone oczy na niezmącone niebo, na którym z gracją poruszał się błękitny24 pokazując milionom widzów przed telewizorami apokaliptyczny obraz zalanego miasta oraz okolicznych wiosek. Ale zacznijmy od początku.
Przyzwyczajeni jesteśmy do oglądania w telewizji dramatu powodzian. Wszechogarniającego lamentu z powodu utraconego dobytku życia. Obok niewątpliwego nieszczęścia rodzin, jest jeszcze sfera zachowań ludzkich, które rzadko pokazywane są w mediach, a dopełniają one obrazu powodzi. Dostojewski we „Wspomnieniach z domu umarłych” pisze, że człowiek jest istotą, która przyzwyczai się do wszystkiego. A gdy się przyzwyczai, to wychodzi z niego prawdziwa natura, która, jak uczy Schopenhauer, nie jest zbyt dobra.
Kolega opowiadał mi, jak pełnił służbę ratowniczą z grupą wolontariuszy podczas powodzi. Ich zadanie polegało na dopływaniu na pontonach do zalanych domów dostarczając uwięzionym tam prowiant i wodę. O ile na początku wiosłujących w spiekocie wolontariuszy przyjmowano z otwartymi ramionami, tak po kilku dniach powodzianie stawali się wybredni. Zmęczeni pływaniem ratownicy nieraz, gdy podpływali z chlebem, słyszeli od potrzebujących, że ci chcą wymienić przywiezione dwie godziny wcześniej pieczywo na świeższe. Niektórzy wprost mówili - jak razowego nie ma, to nie bierzemy. Szczytem ignorancji było złożone przez rodzinę zamówienia na mleko dla małego dziecka, po które ratownik musiał dymać na drugą stronę miasta, a gdy zmachany podawał kartonik, matka prychnęła ze złością – takie tłuste?! To ja nie biorę.
Mimo że jest to może margines, a ja się pewnie czepiam, to jednak o tym się gdzieś po cichu mówi wspominając powódź. Głośniej i na łamach lokalnych portali powodzianie narzekali na swoich sąsiadów, którzy zgłaszali się do punktów z darmowymi środkami czystości i zabierali detergenty, mimo iż powódź ich nie dosięgła. Upokarzające dla wielu były wycieczki mieszkańców miasta na osiedla zalane przez wodę i filmowanie uwijających się przy pracach porządkowych ludzi. O przypadkach szabrowania nie wspominając.
Cyrk zaczął się wtedy, gdy do miasta zjechały wszystkie znane media. Burmistrz poczuła parcie na szkło i zaczęła lansować swoją osobę, w myśl maksymy „Miasto to Ja”. Do dziś kolega wspomina sąsiada, który wysłuchał w telewizji zapewnień pani burmistrz, że sytuacja jest już pod kontrolą, a jaślanie mogą spać spokojnie. Około 2.00 w nocy obudził go łomot. Biedak zwlekł się z łóżka, otworzył drzwi a wraz ze strażakami na progu domu stała woda, która wcześniej przerwała wał. Faceta wieźli w bezpieczne miejsce, a on wściekle powtarzał coś o głupiej ci... Nic jednak nie przebije zasłyszanej rozmowy telefonicznej pani burmistrz prowadzonej na wałach: - Krysiu oglądaj mnie o 19.30, będę w tvn-ie w faktach po faktach… No ja też się nie mogę doczekać.
Lansu i sprytu w robieniu show nie można poskąpić również niektórym powodzianom, którzy robili wszystko żeby pokazać się w telewizji. Pamiętam jak jeden z operatorów z dużej telewizji opowiadał historię, która przydarzyła mu się w innym dotkniętym powodzią podkarpackim mieście. Przyszedł do niego facet w garniturze odstawiony jak do ślubu i mówi wprost - niech pan mnie pokaże w telewizji. – Dobra – odparł operator - ale jak pan wejdziesz w tym garniturze do wody po pas, położysz się na niej i będziesz krzyczał. Facet zrobił jak kazał operator. Tego samego dnia w czołówce wydania specjalnego w rodzimej stacji operatora, jedną z pierwszych migawek z powodzi był z bliska skadrowany facet w garniturze unoszący się na wodzie i wołający o pomocy. Podobno facet zagrał swoją rolę na Oscara.
Gdy wspominam powódź, pamiętam jeszcze jedną scenę. Po pięciu dobach niewielkiej ilości snu, pracy i nerwów, leżę na ławce na rynku i oglądam ewolucje błękitnego, który filmuje skutki powodzi, a koło mojej lewej nogi biegają dzieci, zaś dorośli piją piwo pod parasolami przerzucając się dowcipami w stylu: Jak ci się powodzi? Nie przelewa się.
No proszę :)
OdpowiedzUsuńJa też znam kilka historyjek, ale to od Sąsiadki, bo ona nieźle się przy tym naharowała.
Nie ma to jak być pokazanym w telewizji, człowiek jest nawet zdolny skoczyć wyżej niż jego nerki!
(to pisałam ja, siur)
To prawda, znam takich, którzy widząc kamerę, zwłaszcza dużej stacji, zrobią wszystko, żeby się przed obiektywem przemazać :)
OdpowiedzUsuńDo tego ogródka dorzucę jeszcze jeden kwiatuszek w wydaniu pani burmistrz, która w telewizji lokalnej stwierdziła, że przy okazji powodzi dziennikarze świetnie się bawili:)
OdpowiedzUsuńOj tak, na szczęście dziennikarze lokalni zostali docenienie przez rzeszę czytelników z całej Polski. I ta opinia, wyrażana często w osobistych mailach była nagrodą za te nieprzespane noce, harówkę i za walkę z głupotą niektórych ludzi.
OdpowiedzUsuńKrysiu oglądaj mnie o 19.30, będę w tvn-ie w faktach po faktach… No ja też się nie mogę doczekać.
OdpowiedzUsuńTo rzeczywiście jest trafione.
I niestety prawdziwe.
OdpowiedzUsuń